A gdyby tak to wszystko rzucić…

Dziękuję za wszystkie wiadomości i komentarze, które pojawiły się po opublikowaniu ostatniego wpisu. Większość osób prosiło w nich o teksty dotyczące freelancingu, dlatego dzisiejszy wpis jest prologiem serii „Dzienniki freelancera”, w której postaram się pokazać Wam jak z mojej perspektywy wygląda życie programisty-freelancera. Dziś jest zresztą na to najlepszy moment – dokładnie 3 lata temu zakończyłem pracę programisty na etacie.

Dlaczego?

W pierwszym wpisie tej serii chciałbym krótko odpowiedzieć na pytanie „Dlaczego?”. Każdy, kto choć raz decydował się na odejście z pracy wie, że to nie jest łatwa decyzja. No może poza jednym wyjątkiem – gdy nowy pracodawca już czeka na nas z otwartymi ramionami. Moją decyzję poprzedzała długa analiza wszystkich „za” i „przeciw”. Przeważył jeden argument – praca przestała sprawiać mi przyjemność i stała się tylko obowiązkiem. Ale dlaczego wybrałem akurat ścieżkę freelancera? Czy właśnie to planowałem? Niezupełnie. Zależało mi na 3 kluczowych elementach:

  1. Chciałem pracować z domu, dowolną ilość czasu, o dowolnej godzinie i (najlepiej) w języku angielskim.
  2. Chciałem mieć maksymalnie dużą dowolność jeśli chodzi o kwestie takie jak to z kim pracuję (element ludzki), nad czym pracuję (element biznesowy), z jaką technologią mam do czynienia (element techniczny) oraz czego nowego mogę się nauczyć (zaspokojenie potrzeby poznawania nowych rzeczy).
  3. Kwestie finansowe też nie były bez znaczenia – chciałem w jak największym stopniu decydować o tym, jaką wartość materialną ma moja praca.

Freelancing wcale nie był jedyną opcją. Firm, które pracują w modelu zdalnym jest na rynku coraz więcej. Z dwiema nawet przystąpiłem do rozmów – pierwsza bardzo szybko zweryfikowała moje umiejętności i uprzejmie mi podziękowała, druga natomiast nie spełniała punktu drugiego z powyższej listy. W tych okolicznościach freelancing wydawał mi się rozwiązaniem, któremu warto było dać szansę.

Gdzie? Jak?

Wiedziałem już „dlaczego”, wiedziałem już „co”, nie wiedziałem „gdzie” i „jak”. Pierwsze zadanie było dość proste – znaleźć miejsca z ofertami pracy dla freelancerów. Zacząłem googlać „groovy jobs”, „grails jobs”, „spring boot jobs”. W ten sposób trafiłem na odesk.com oraz elance.com (oba serwisy to dziś upwork.com), znalazłem kilkanaście otwartych zleceń, wysłałem pierwsze oferty i czekałem. Gdy nikt się nie odezwał – zacząłem analizować, co mogę poprawić. Spersonalizowałem wysyłane wiadomości, mocniej zaakcentowałem swoje najmocniejsze strony, wyjaśniłem w jaki najlepszy sposób jestem w stanie dostarczyć wysokiej jakości rozwiązania. Klienci-zleceniodawcy zaczęli dostrzegać moje oferty, ktoś się odezwał, ktoś dopytał o szczegóły, ktoś zaprosił na rozmowę na Skypie. Nie minęły dwa tygodnie, a coś się ruszyło.

Co jeśli coś pójdzie nie tak?

Przed podjęciem każdej trudnej decyzji wspólnie z żoną przeprowadzamy krótką sesję burzy mózgów. Pierwsze pytanie, na jakie szukamy odpowiedzi brzmi „Co najgorszego może się zdarzyć?” oraz „Co zrobić, jeśli właśnie to się wydarzy?”. W najgorszym wypadku mogło okazać się, że nie znajdę żadnego sensownego zlecenia i nasza sytuacja finansowa mocno się pogorszy. Zabezpieczeniem przed tym była poduszka finansowa, która pozwalała nam przeżyć pół roku bez żadnego dochodu oraz comiesięczny dochód z pracy mojej żony. Plan był prosty – jeśli w ciągu 5 miesięcy nie złapię wiatru w żagle, zacznę szukać pracy na etacie. Nie wykluczając przy tym ewentualnej relokacji (w najgorszym przypadku).

Dzięki tej krótkiej sesji burzy mózgów zrozumieliśmy, że nie wydarzy się nic, z czym nie potrafilibyśmy sobie poradzić. Perspektywa szukania pracy na rynku IT nie jest żadnym wyzwaniem – olbrzymi popyt na programistów sprawia, że firmy coraz mocniej walczą o najlepiej rokujących pracowników. Świadomość ta pozwoliła mi odłożyć te zmartwienia na bok i w pełni skoncentrować się na poszukiwaniu zleceń oraz sprzedaży moich usług programistycznych. Do podjęcia takiej decyzji zachęcał zresztą fakt, że nasza sytuacja rodzinna była bardzo stabilna – nie mieliśmy na głowie żadnego kredytu, mieliśmy za to trochę oszczędności, a żadne poważne zmiany (jak np. dzieci) nie były jeszcze nawet na etapie planowania. Tak naprawdę – był to najlepszy moment, aby spróbować takiej opcji.

Co dalej?

Mam nadzieję, że dzisiejszy wpis pokazał pewien kontekst i okoliczności, w jakich rozpoczynałem karierę programisty-freelancera. W kolejnym podzielę się z Tobą praktycznymi wskazówkami na temat tego jak zdobyłem pierwszego klienta i co zrobiłem przy tym źle. Tymczasem zapraszam do sekcji „Komentarze”, z przyjemnością odpowiem na pytania i wątpliwości, jakie mogą pojawić się po tej lekturze. Do usłyszenia!


Photo credits: https://www.pexels.com/photo/brown-leaves-during-golden-hour-166057/